Wielkoduszny rząd podnosi pensje

Nie minął dzień a nasi umiłowani przywódcy po raz kolejny postanowili zrobić nam dobrze. Od stycznia będziemy więcej zarabiać – rząd podniósł pensję minimalną o sto złotych miesięcznie. Oznacza to tylko tyle, że pracodawca będzie musiał wysupłać ze swojej kasy 121 złotych, pracownik dostanie 69 złotych a budżet skasuje 52 złote. I o te ostatnie pieniądze właśnie w tym wszystkim chodzi, podnoszenie pensji nie ma przecież zadowolić obywateli – to tylko skutek uboczny – a zasilić skarb państwa o dodatkowe dochody. I to w sposób nieszkodliwy – podnoszenie podatków przecież byłoby z miejsca odebrane jako działanie wrogie, którego mógłby nie przełknąć nawet partyjny beton a wymuszona podwyżka to coś, co zaakceptuje większość z nas.

Większość bo ci, którzy zostaną przez tą stówę zwolnieni raczej się nie ucieszą. A do tego na pewno dojdzie, zwłaszcza w przypadku firm małych, które zatrudniają kilku pracowników. Wielu szefów przeliczy sobie zyski i straty po czym stwierdzi, że trudno ale jedną sprzedawczynię trzeba wysłać do pośredniaka i samemu stanąć za ladą. Albo samemu zacząć sprzątać biuro i przynależny do niego kibel. No, ale to już władzy naszej kochanej nie interesuje, w końcu od pozostałych czterech „kobiet za ladą” skasuje dodatkowe 204 złote. Mateusz Morawiecki, niegdyś sprawny bankster, na pewno użył służbowego liczydła i wyszło mu, że zwolnień nie będzie dużo w związku z czym budżet na podniesieniu pensji minimalnej zyska niemałe pieniądze. A zwolnione sprzedawczynie i sprzątaczki to cóż, konieczne straty. Zresztą gospodarka rośnie, jakąś robotę znajdą i od razu będą miały stówę więcej. Brutto. A niektóre być może i 500+, więcej wolnego czasu skutkuje przecież zwiększoną aktywnością prodemograficzną…

Szkoda tylko, że żaden z szanownych ministrów nie pomyśli o obniżeniu podatków i odwaleniu się od umów podpisywanych pomiędzy wolnymi ludźmi, z których jeden zamierza pracę świadczyć a drugi tej pracy potrzebuje. Gwarantuję, że zyski dla budżetu byłyby wtenczas znacznie większe…

Udostępnij na:

2 comments

  1. Ja mam sytuację taką, że po każdej podwyżce więcej mi wpływa na konto, a mniej dostaję z „kamizelki” . Czyli bez zmian w budżecie, a szef jeszcze nikogo nie zamierza zwalniać. Nieco dramatyzujesz. Ja jestem za regularnym, dobrze oszacowanym projektem podwyżek. Jakoś tę unię trzeba gonić, nieprawdaż? A póki co mamy jedne z najniższych uposażeń w Europie.
    Co do obniżania podatków to hm…Nie bardzo rozumiem, jak miałoby to wpłynąć na kasę państwową. Owszem, jak się przeliczy jaki procent zajmuje nam fiskus i nie tylko, to przerażenie ogarnia. Ponad pół roku pracujemy za darmo. Ale gdzie tu obniżyć zwykłemu obywatelowi? Na zus, chorobowe, zdrowotne? Bo o obniżeniu pit-u to raczej nie ma mowy. Ile, 1 %? Nikt tego nie odczuje. Vat-mniejsze wpływy do budżetu. Ja nie mam pomysła. Lepiej oszczędzać na biurokracji, wliczając w to Wiejską, a potem zastanawiać się nad podatkami. Wtedy budżet państwowy może liczyć na większe wpływy, co obywatele na pewno odczują.

  2. „Dzisiejszą rzeczywistość polityczną Polski można porównać do wielkiego zatęchłego, śmierdzącego bajora. Rzeczywistość ta determinuje rzeczywistość społeczną, gospodarczą, rzeczywistość w mediach i inne.”
    „PIS do tego bajora (lub szamba, jak kto chce) – w którym sam jest – wrzucił granat.
    Efektem jest – kolokwialnie to wyrażając – totalna „rozpierducha”.
    Ale i dopływ świeżego tlenu, który jest konieczny do oczyszczenia tego bajora.
    Tym tlenem jest bardzo ożywiona dyskusja na temat naszej rzeczywistości, w której bierze udział coraz więcej osób.”
    Cytaty z tekstu pod linkiem:
    http://naszeblogi.pl/47506-ja-wspolsuweren-boj-jest-wasz-ostatni
    Polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *