Słowa, słowa, słowa czyli Polacy mieli być biedni

„Polacy muszą być tak biedni żeby sami chcieli dobrowolnie jechać na roboty do Niemiec” – powiedział swego czasu generalny gubernator Hans Frank. Minęło siedemdziesiąt z górą lat i słowa niemieckiego zbrodniarza stają (stały) się obowiązującą doktryną – Polacy mają być biedni by budować dobrobyt zachodu pogrążonego w permanentnym kryzysie. A przy okazji – w ramach skutku ubocznego – nabijać kabzę różnych mętnych typów zaangażowanych w realizację tego planu. Co gorsza brały w tym udział wszystkie kolejne polskie rządy a obecny wycofuje się rakiem zamiast wrzód przeciąć jednym, zdecydowanym ruchem.

Zacznijmy od początku. Po roku ’89, kiedy zaczęto „reformować” naszą gospodarkę i przestawiać ją na warunki wolnorynkowe skupiono się przede wszystkim na prywatyzacji. Niby słusznie, wielkie, państwowe molochy i nierentowne przedsiębiorstwa miały trafić w prywatne ręce i zacząć wreszcie generować zyski. Tyle tylko, że w pierwszej kolejności dawna nomenklatura korzystając z ustawy o wolności gospodarczej autorstwa niejakiego Wilczka rozdzieliła między siebie najlepsze kąski uwłaszczając się na majątku narodowym a potem za grosze zaczęto wyprzedawać całą resztę tylko po to, by ją zlikwidować. Szybko jednak zorientowano się, że wspomniana ustawa Wilczka pozwala tzw. „zwykłym ludziom” zakładać małe biznesy i się dorabiać (pamiętacie szanowni nagły rozkwit targowisk?) powoli ją zmieniano ograniczając wolność i nakładając na przedsiębiorców coraz to nowe obowiązki i koszty sprawiając, że ich działalność stawała się coraz mniej opłacalna. Wielu ludzi, którzy wtenczas z łóżek polowych czy innych improwizowanych straganów sprzedawali swoje towary z nadzieją planując przyszłość zwinęło interesy nie widząc możliwości rozwoju. Boom gospodarczy się skończył, w zamian gwałtownie zaczęło rosnąć bezrobocie i powszechna niemal bieda – roboty nie było bo w zlikwidowanych zagładach hulał wiatr a nowe miejsca pracy nie powstawały ze względu na restrykcyjne prawo sprawiające, że założenie firmy ocierało się o heroizm.

W takiej rzeczywistości otworzono polski rynek dla zagranicznych firm handlowych. Bezrobocie spadło, pojawiły się nowe miejsca pracy ale warunki zatrudnienia były często poniżej ludzkiej godności – każdy chyba słyszał o kasjerkach w marketach pracujących za grosze siedząc przez osiem godzin w pampersie bo nie mogły nawet pozwolić sobie na wyjście do toalety – ale ludzie godzili się na nie jako jedyną często szansę wyjścia ze skrajnej nędzy. Przy okazji stworzono dodatkową okoliczność – otóż ludzie, mimo niskich pensji, nagle otrzymali zdolność kredytową co spowodowało wysyp na polskim rynku różnych, szemranych przeważnie, firm pożyczkowych i szerokiej oferty bankowych kredytów konsumpcyjnych.

I teraz powiem rzecz oczywistą choć bardzo niepopularną w kręgach tzw. liberałów (którzy z prawdziwym liberalizmem mają tyle wspólnego co prezes Kaczyński z nazizmem): otóż głównym założeniem pożyczkowego biznesu nie było zarabianie na odsetkach od kredytów spłacanych przez rzetelnych pożyczkobiorców ale wpuszczenie całej masy ludzi w kredytową spiralę, zdobywanie sądowych wyroków i kasowanie ogromnych sum w postaci odsetek karnych, częstokroć wielokrotnie wyższych niż pożyczona kwota. Powstał cały „przemysł” zajmujący się tylko tym jednym: firmy pożyczkowe i banki udzielały kredytów jak leci naciągając zdolność kredytową klientów, niespłacone wierzytelności sprzedawały firmom windykacyjnym, te uzyskiwały wyrok sądowy i do gry wkraczał komornik. Zarabiali wszyscy a „klient”, który dał się w taką pułapkę wciągnąć nie miał praktycznie żadnych szans się z niej wyzwolić. Zwłaszcza, że często nie wiedział nawet komu i za co płaci, miał tylko wyrok i kopię komorniczego nakazu egzekucji. By całość działała bez zakłóceń stworzono nawet specjalny oddział sądu – tzw. e-sąd w Lublinie – który sprawy długów załatwiał szybko i bez zbędnej biurokracji: wystarczył pozew i można było uzyskać wyrok bez udowadniania, że dług jest faktyczny, że się nie przedawnił i tak dalej. Pieniądz płynął szerokim strumieniem.

Aż nagle do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość, które sypnęło piach w doskonale spasowane ze sobą tryby. Przede wszystkim wprowadzony został program „Rodzina 500 plus”, który sprawił, że ok. 30% jego beneficjentów spłaciło bądź znacznie ograniczyło swoje zadłużenie (to nie partyjna propaganda, tak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Biura Informacji Kredytowej). To oznacza, że kredytowym biznesmenom urwała się jedna trzecia rynku – ludzie, którzy spłacili swoje zobowiązania przestali przynosić dochód. Ponadto udało się ukrócić samowolę komorników, którzy (nie wszyscy oczywiście) dotychczas egzekwowali należności zupełnie nie zwracając uwagi na ustawowe prawa osób poddawanych egzekucji. Ba, zdarzały się przypadki zajmowania własności nie należącej do dłużnika – słynny traktor ukradziony (nazwijmy to wprost) przez asesora komorniczego z Łodzi niech będzie przykładem. Biznes przestał być łatwy i przyjemny, eldorado się skończyło. W dodatku (to już nie jest zasługa PiS) ludzie stali się bardziej świadomi i nauczyli się walczyć o swoje prawa co bardzo utrudniło życie zwłaszcza firmom windykacyjnym.

Gdzieś pośrodku tego wszystkiego znalazły się kredyty frankowe będące sposobem na wywłaszczenie Polaków, afera (a raczej afery) reprywatyzacyjna przerabiająca ludzi w bezdomnych czy polisolokaty wprost nastawione na grabież oszczędności i resztek majątku zachowanego jeszcze przez spauperyzowanych ludzi. W efekcie najbardziej przedsiębiorcze jednostki miały wyjechać z kraju i włączyć się w budowanie gospodarek państw zachodnich a reszta miała spaść do poziomu proli, których jedynym celem istnienia będzie wykonywanie najprostszych zawodów i konsumowanie najniższych jakościowo produktów niechcianych przez klientów z bogatych krajów. Chodziło w tym wszystkim o to by Polska ze swoim potencjałem ludnościowym i terytorialnym (oraz wynikającym z tego potencjałem gospodarczym) nie mogła stanowić dla nikogo konkurencji, a jednocześnie by można było na niej zarabiać ciężkie pieniądze niskim kosztem. Przecież te wszystkie sieci sklepów (głównie wielkopowierzchniowych), ogromna większość firm kredytowych i banków to nie były (nie są) przedsiębiorstwa polskie, to zagraniczne instytucje w ogóle się z Polską nie identyfikujące i nie mające żadnego interesu w tym by przykładać się do wzrostu polskiej gospodarki – wręcz przeciwnie, one z całych sił starały się przetransferować do swoich rodzimych krajów jak największy procent wygenerowanych zysków.

Rządząca partia i gabinet Beaty Szydło poważnie te praktyki ograniczyły jednak nie udało się ich całkowicie zakończyć. Ciągle polscy przedsiębiorcy mają pod górkę płacąc obowiązkowe i gigantyczne składki na ubezpieczenia społeczne, wciąż jeszcze Polacy ponad połowę swoich zarobków oddają państwu w charakterze różnych podatków czy parapodatków, nadal nie udało się wyeliminować z rynku firm windykacyjnych stosujących bandyckie metody, kredyty frankowe duszą ludzi, lubelski e-sąd działa bez przeszkód, biurokracja trzyma wszystkich za twarz a rząd miota się nie bardzo wiedząc od której strony zacząć sprzątanie naszego podwórka by znalazło się na nim miejsce dla normalnego człowieka. Ba! Czasem można odnieść wrażenie, że politycy chcący się wreszcie za to zabrać nie wiedzą nawet gdzie jest miotła. I cała para idzie w gwizdek jak to miało miejsce chociażby z planem opodatkowania supermarketów. W zamian mamy parę puszczoną w gwizdek i piękne słowa superministra, wicepremiera Morawieckiego, z których jak na razie nic nie wynikło. Ja czekam na konkrety: wzrost kwoty wolnej od podatku, preferencyjne stawki ubezpieczeń społecznych, obniżenie VAT-u, ulgi inwestycyjne i tak dalej. Bo póki co można działania resortów gospodarki i finansów opisać po szekspirowsku: słowa, słowa, słowa…

Udostępnij na:

3 comments

  1. „słowa, słowa, słowa…”
    Nareszcie to powiedziałeś bez owijania w miękką tkaninę, drogi Adminie.
    Nie lubię siania defetyzmu, ale co do samych intencji „Dobrej Zmiany” też na razie nie mam 100-procentowej pewności. Choć naprawdę się staram naginać niektóre fakty do moich nadziei w tym względzie. Te wszystkie cyrki, teatrzyki i przepychanki na polskiej scenie politycznej nie napawają mnie specjalnie wielkim optymizmem – niestety. Najbardziej mnie wkurza rozgrywanie partykularnych, małostkowych interesów przez poszczególnych graczy – nie baczących przy tym na szkody lub nawet zdrady interesu wspólnego, narodowego.
    Gdyby to ode mnie zależało, to bym ogłosił wotum nieufności dla obecnych władz UE i wycofał Polskę ze wszelkich finansowych zobowiązań wobec tej neokomunistycznej formacji – na czas nieokreślony – pozostając dalej w NATO. Powody każdy widzi: nie można się dalej rozwijać w tak nieprzyjaznym środowisku. Pieniądze w ten sposób zaoszczędzone przeznaczyć NATYCHMIAST na skokowe podniesienie stopy wolnej od podatku (15 000 PLN rocznie dla każdego), obniżenie i ujednolicenie podatków dla WSZYSTKICH (raj podatkowy!) i maxymalne dozbrojenie oraz postawienie w stan najwyższej gotowości bojowej naszej armii. Coby nas chroniła przed braterską pomocą wszelaką…
    Tylko błyskawiczna, sprawna akcja i pójście na całość w obecnej sytuacji może przynieść jakieś dobre efekty. A „świat” – zanim się ogarnie po pierwszym szoku – to trochę wody w Odrze upłynie i będzie mógł sobie potem co najwyżej… kredą po asfalcie pobazgrać 😉

    1. Przypomnę Ci drogi kolego, że teraźniejsze rządy trwają raptem niecałe dwa lata. Wszystko na raz byś chciał? Ja też, ale cierpliwie obserwuję poczynania, i skłaniam się do wniosku, że pomału jakoś idzie w lepszym kierunku, niźli przez ostatnie dekady. Z całą resztą komenta się zgadzam i popieram.

  2. Nasz admin ruszył Wilczka, a wilkiem ominął „lepszego” mędrca. Jak mu tam? Aha, Balcerowicz niejaki. Otóż moim zdaniem, to ten ekonomista, polityk, wszechwiedzący, obyty ze światem skazał Polskę na niebyt. Przypomnę, że jeszcze przed transformacją nasz kraj stał na granicy bankructwa. Wspomniany wcześniej gościu wpadł na rewelacyjny „plan”. Otóż za umorzenie długów, nie do spłacenia, poszły pod młotek za grosze najlepsze polskie zakłady, fabryki. Balcer gdzieś zniknął później, ale koło toczyło się dalej. Dzisiaj praktycznie nie mamy nic, co stanowiłoby polską markę. O stoczniach pozamykanych już nie wspomnę. O upadłych zakładach z nimi związanych, też chyba nie trzeba wspominać. Było tu już chyba-polmosy, browary, zakłady mięsne, meblowe, cegielnie, huty, cementownie…Nic już nie ma. Lub stanowią własność kapitału zagranicznego. Wilczek był pikusiem wobec baciara Balcerka. Takie jest moje zdanie.
    Jeszcze parę słów ode mnie. Kredyty, windykacja…Pełna zgoda z gospodarzem. Robili i jeszcze robią nas jak chcą, choć ten „rynek” zamiera. Kiedyś robiliśmy masę spadkową po ojcu. Jakieś parę metrów kw. działki do niego należało. No to do sądu, pozbyć się i po ptokach. Tak? Nie…Okazało się, że ojciec miał jakiś kredyt. Błyskawicznie wszystkie jego dzieci otrzymały pisemka od jakiegoś handlarza długami, iż mamy do spłacenia, uwaga! prawie czterokrotność zaciągniętej pożyczki. To była dopiero pokazówka windykacji! Bank sprzedał dług, a ktoś czekał cierpliwie na orzeczenie sądu o masie spadkowej. I nie było zmiłuj się. Ten proceder istnieje nadal, więc zastanówcie się moi mili, czy wasz zmarły rodzic aby nie zalęga ze spłatą długu, zanim pójdziecie się sądzić o np. zegar na ścianie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *