Ukraińskie wdupowłażenie

Przedwczoraj Rada Najwyższa Ukrainy przegłosowała ustawę, na mocy której proces nauczania może się odbywać jedynie w języku ukraińskim. Oznacza to ni mniej, ni więcej a tylko tyle, że nauczanie w językach mniejszości narodowych jest zakazane. Ostro na takie postawienie sprawy zareagowały Węgry i Rumunia posiadające u naszych wschodnich sąsiadów liczne diaspory. A polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych?

Tak, zgadliście. Milczy nie widząc problemu.

W sierpniu władze Ukrainy wprowadziły embargo na import polskiej wieprzowiny z Mazowsza i Lubelszczyzny. Rzekomo powodem jest wirus ASF (afrykańskiego pomoru świń). Tyle tylko, że Polska sobie z tą „epidemią” radzi doskonale i ani jedno zarażone zwierzę nie umknęło uwagi służb weterynaryjnych i sanitarnych.

W tym wypadku pan minister Witold Waszczykowski i jego podwładni też nie wypuścili z ust ani jednego słowa.

A dwa miesiące wcześniej, w czerwcu, Ukraińcy cofnęły wydane już pozwolenie na przeprowadzenie przez polski Instytut Pamięci Narodowej prac ekshumacyjnych i poszukiwania ofiar zbrodni ludobójstwa na Wołyniu, m.in. w miejscowości Ostrówki i Tynne. Nie zgadzają się też na poszukiwanie mogił polskich żołnierzy, którzy polegli we wrześniu 1939 roku w walce z agresją sowiecką.

Ministerstwo pod wodzą Waszczykowskiego, oczywista oczywistość, pobiadoliło i przestało nie podejmując żadnych zdecydowanych kroków…

Czego się zresztą spodziewać, przecież parę dni temu, 24 sierpnia, z okazji Święta Niepodległości Ukrainy polscy żołnierze z 21 Brygady Strzelców Podhalańskich defilowali w Kijowie przy łopocie czarno-czerwonych flag UPA i dźwiękach „Pieśni Strzelców Siczowych” będącej hymnem zbrodniczej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów odpowiedzialnej za rzeź wołyńską. A to wszystko w obecności i przy pełnej akceptacji szefa MON Antoniego Macierewicza.

Zastanawiam się skąd bierze się ta ukrainofilia polskich polityków i znajduję tylko jedno wytłumaczenie: zafiksowanie w strachu przed Rosją każe im bezrefleksyjnie wspierać każdego, kto z nią ma na pieńku. Interes Rzeczypospolitej przestaje się liczyć, ważne jest tylko zrobienie na złość Putinowi. A że władze Ukrainy same handlują z krajem, z którym podobno toczą wojnę sprzedając mu nawet broń? Nic to, przecież potrzebują pieniędzy a Rosja płaci…

Żadnej refleksji, żadnego zastanowienia i poszukania głębiej przyczyn zachowania „przyjaciół”. A te są jasne: to nie Rosja jest dla nich największym wrogiem, wojnę w Donbasie traktują raczej jak kłótnię w rodzinie, która prędzej czy później się wyjaśni i zniknie. To my, Polacy, jesteśmy solą w kozackim oku, państwem okupującym „rdzenne, ukraińskie ziemie” (Przemyśl, Rzeszów i całe tzw. „zakerzonie”). Jeżeli nie zmienimy swojego podejścia to wyhodujemy sobie problem dokładnie taki jak ten, który zaklepali sobie Amerykanie wspierając walczących z sowietami Afgańców. A nawet większy, bo musimy pamiętać, że mamy u siebie prawie półtora miliona „uchodźców” z Ukrainy, których wpuszczamy hurtowo i bez żadnej selekcji w przypływie „humanitarnego” uniesienia.

Udostępnij na:

8 comments

  1. Mniej więcej wiadomo już od dawna, że ukraińce podstępne i fałszywe są. W sumie to dla Polski lepiej jest, kiedy one problemy z ruskimi posiadają – bo wtedy ich nie stać (chwilowo) na otwieranie drugiego fronta. Ale to może się (teoretycznie) zmienić. Na ile jest to realne? Ja w to jakoś wątpię. Chyba prędzej doleci do nas jakiś balistyczny prezencik od Kima, z podrabianą atomówką…
    Ale zbroić armię i naród wypada, na wszelki wypadek. I to expresowo.

  2. Diagnoza być może trafna. Sam zastanawiam się w jakim kierunku podąża nasz rząd, szczególnie MSZ. Zresztą pisałem już tutaj, że akurat to , bardzo istotne ministerstwo jakoś kuleje. Waszczu czasem błyśnie, nie powiem, ale generalnie to nie jest twardziel. jakby choć PBS. Jakby tu usprawiedliwić działalność na „froncie” wschodnim naszego rządu? Może mają jakiś dalekosiężny plan, nie wiem…Głaskać upowców, aż się przytulą? Na dzień dzisiejszy, raczej owe głaskanie nie skutkuje. Może mrzonki o trójmorzu mają jakieś znaczenie? Wszak bez Ukrainy byłoby to połowiczne. Udaje nam się poprawiać relacje z Litwą, a za Bugiem nadal mamy wrzoda na tyłku. I mimo starań (pożyczki, wspieranie na arenie międzynarodowej), ów wrzód pęcznieje. Pęknie? I z jakim skutkiem? Nie wiemy. Dodam tylko, że na historii w szkołach Ukr. nadal uczą, że największym ciemiężycielem ich narodu (?) byli lachy. W dużej mierze jest to prawda, Było zrobić Rzeczpospolitą trojga narodów, może nie doszłoby do wojny domowej, rozbiorów i nieszczęsnej pamięci Ukraińców, że lachy ich tłukli i poniewierali. Zastanawiające jest, że większej krzywdy doznali od Rosjan, ale ciągle nas, Polaków po prostu nienawidzą. Może milczenie i odwracanie głowy przez polski MSZ ma służyć temu, co by ukry zapomnieli o wojewodzie ruskim Wiśniowieckim chociażby? Nie wiem, nie pojmuję.

    1. Wydaje mi się, że stronie polskiej / rządowej chodzi o to – by rozbudować sieć biznesowych powiązań z tymi naszymi sąsiadami do takiego stopnia, żeby przestało im się opłacać myślenie o zbrojnych wycieczkach na zachód. Pomimo przykrych zaszłości historycznych, moim zdaniem, należy do tego właśnie dążyć – iżby z potencjalnego przeciwnika uczynić sobie sojusznika. Ale na zdrowych zasadach, bez chowania głowy w piasek. Jest to droga najeżona wieloma trudnościami, ale dość realna. Tylko czy taki Waszczu temu podoła? Lub inni jemu podobni…?

      1. Mądre słowa, dywagujemy teraz na temat, jaki interes ma Polska nadal wspierając ukrów. Temat niezwykle intrygujący. Natomiast myślenie o zbrojnych wycieczkach owych naszych „przyjaciół” to ich problem. Niech ruszą, moim zdaniem zęby połamią bardzo szybko. Zakerzonie? Mrzonki nacjonalistów ukraińskich, nasi też myślą o odbiciu Lwowa chociażby. Tu niewątpliwie jest konflikt polityczny. I historyczny. Na tym nie zbudujemy realnej, gospodarczej, politycznej współpracy. Pytanie dokąd Polska zmierza we wschodniej polityce,nadal mnie absorbuje. Napisałem, że nie wiem i potwierdzam, nie wiem…

        1. Kłopot polega na tym, że u nas żaden polityk ani urzędnik nie mówi oficjalnie o odbiciu Lwowa i ukraińskiej okupacji dawnych polskich kresów. A u nich takie zdania wygłasza chociażby szef ukraińskiego IPN niejaki Wiatrowycz. Co do kombinacji, że biznesowe powiązania sprawią, że przestanie się Ukrom opłacać nas atakować – mrzonki, u nich antypolska ideologia jest tak silnie zakorzeniona, że nie ma na to szans.

          1. No właśnie: ideologia. I ma to swoje – określone historycznie (sprawa dyskusyjna: w jakim stopniu słuszne?) uzasadnienie. Tak samo jak animozje na linii Polacy – Niemcy (choć tu już sprawa jest dużo bardziej klarowna). Ale to dalej ideologia. Przy obecnych układach geopolitycznych i gospodarczych – trzeba być szaleńcem – by próbować zbrojnego ataku na kraj członkowski NATO.
            Prędzej należy się spodziewać – zawierania skrajnie niekorzystnych dla Polski umów gospodarczych (np. energetycznych) lub linii kredytowych, które z łatwością mogłyby nasz kraj dprowadzić do ruiny finansowej. A następnie już: niejako legalnego przejęcia tych dóbr, o które nie opłacało by się walczyć zbrojnie. Bo po co komu zniszczony wojną teren, na którym – w dodatku mieszkają zniewoleni tubylcy? Czyż nie lepiej spowodować – by ich własna, tubylcza władza zmuszała ich do pracy na korzyść „agresora” gospodarczego, czyli np. zagranicznego wierzyciela lub (obecnego) właściciela fabryki oddanej za długi?
            Znowu przypominam – przećwiczony już przez Niemców – przykład Grecji!

            http://niezalezna.pl/70046-niemiecka-firma-przejmie-14-greckich-lotnisk-jej-dyrektor-to-doradca-partii-merkel

            http://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/508164,niemiecka-firma-przejmuje-greckie-lotniska-regionalne-opozycja-zamieniamy-sie-w-niemiecka-kolonie.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *