Cyrk w Brukseli

Przyznam bez bicia: liczyłem, że będę mógł dziś napisać „a nie mówiłem?” i ponabijać się z tych wszystkich, którzy twierdzili, że Saryusz-Wolski jest bez szans w rozgrywce o stołek lokaja Rady Europejskiej. Stało się inaczej, polski rząd zapomniał, że państwa nie mają przyjaciół tylko interesy i nie rozegrał swojej kandydatury na gruncie dyplomatycznym a Jarosław Kaczyński podczas swoich dwóch spotkań z Angelą Merkel chyba faktycznie deliberował na temat wyższości schabowego nad bratwurstem nie czyniąc z tego aluzji do dwóch kandydatów z polskim obywatelstwem. No cóż, mówi się trudno i gra się dalej, to tylko jeden mecz, w dodatku o pietruszkę.
Swoją drogą nie potrafię zrozumieć na co grały Niemcy i Francja? Przed wyborami w Holandii, gdzie ogromne szanse ma „populistyczny” kandydat Geert Wilders, człowiek kwestionujący wszystkie tzw. wartości europejskie, pokazać wyborcom, że wielcy gracze mogą bezkarnie i po chamsku dławić opór i wolę małych to nie jest strzał w stopę, to odrąbanie sobie całej nogi siekierą. Zostawmy zresztą maleńką Holandię, wygranej Wildersa Niemcy i Francuzi mogą nie brać pod uwagę i go zwyczajnie, mówiąc kolokwialnie, olać. Ale za chwilę wybory będą także we Francji a Marine LePen idiotką nie jest i zagranie z zakończonego wczoraj szczytu wykorzysta na swoją korzyść tłumacząc swoim rodakom, że tak jak Angela Merkel potraktowała Polaków tak może potraktować i Francuzów jeżeli tylko będzie to w jej interesie.
Jedynym wytłumaczeniem mogą być jesienne wybory w Republice Federalnej i rosnąca przewaga Martina Schulza. Frau Kanzlerin grała na rynek wewnętrzny, chciała pokazać, że pod jej rządami Niemcy odzyskują należne im miejsce w Europie, miejsce hegemona, który rozstawia po kątach niesfornych sąsiadów, dla których niemieckie interesy nie są nadrzędne nad ich własnymi. Tyle, że był to strzał z armaty do wróbla i odkrycie kart przed ostateczną licytacją. Co z tego, że trzyma się w ręku królewskiego pokera skoro do puli nikt już nic nie dorzuci i zgarnąć można jedynie drobniaki?
Na koniec jeszcze tylko jedno: tzw. głosowanie nad wyborem przewodniczącego Rady Europejskiem polegało na tym, że uznano z góry każdego, kto nie jest przeciwko kandydaturze Tuska za zwolennika tejże, głosów wstrzymujących nie podliczono, podobnie jak głosów za. A że przeciwni byliśmy tylko my to ogłoszono, że Donalda Tuska poparło dwadzieścia siedem krajów członkowskich. Zrobiono tak dlatego, że do wyboru kandydat potrzebował siedemdziesięciu pięciu procent głosów członków Rady, którzy jednocześnie reprezentowaliby sześćdziesiąt pięć procent terytorium Unii Europejskiej. Wystarczyło by kilka państw wstrzymało się od głosu by były polski premier przepadł i trzeba by rozważać innego kandydata. A zgłoszony był tylko Jacek Saryusz-Wolski postrzegany od paru dni jako pisior. Na to Angela Merkel zgodzić się nie mogła. W tej sytuacji polskie veto jest jak najbardziej uzasadnione choć tylko symboliczne, już bowiem uznano, że liczy się wyłącznie większość kwalifikowana a ta została uzyskana. Co pozostawiam do przemyślenia wszystkim tym, którzy nadal wierzą w Unię Europejską jako wspólnotę równorzędnych partnerów.

Udostępnij na:

5 comments

  1. Słyszymy wypowiedzi PBS, JK, nawet Waszczu coś dodał niegłupio. Potwierdzam, to nie koniec bitwy. Ten cyrk pokazał innym przywódcom, że Polska to nie jakiś zaściankowy kraj. Ten cyrk zmusi pozostałych do zastanowienia się. A to już jest sukces. Jednemu już nerwy chyba popuszczają ( François Hollande) stosując niezbyt dyplomatyczne wypowiedzi. Tak delikatnie pisząc. Nie mówię tego z patriotycznego punktu widzenia, ale zgadzam się z naszą premier, że to raczej unia przegrała. Ten smród będzie się jeszcze długo za nią ciągnął. Jedyne co mnie martwi, to młyn na wodę dla totalitarnych. Mogą zaiste świętować.

  2. Sprawa tuska odbije się czkawką niemcom i reszcie eurokołchozu. Sami niemcy już o tym piszą.
    03/11/die-welt-polska-zemsci-sie-za-porazke-na-szczycie-ue/
    Tutaj link do niemieckiego tekstu ww sprawie:
    article162758232/Polen-wird-sich-fuer-diese-Niederlage-bitter-raechen.html

    1. To jest mniej więcej to o czym pisałem powyżej. Że niektórzy zaczną myśleć. Może doczekamy przebłysku rozumu u decydentów, nie tylko mediów. Coraz bardziej przekonany jestem, że JarKacz wiedział co robi i nie na próżno PBS kwiatami witano.

  3. Teraz tak bardziej ogólnie: w zasadzie wszyscy się zgadzamy, że UE (w chwili obecnej) to po prostu zdegenerowany, biurokratyczny twór, który Niemcy wykorzystują z powodzeniem jako instrument rozszerzania swoich wpływów i do obrony własnych interesów. Co się stało z „Europejską Wspólnotą Węgla i Stali” przez te wszystkie lata od jej założenia w 1952 roku? Mamy to – co mamy. Każdy widzi. Ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że nie bez powodu nazywa się to „eurokołchozem”. Nazwa „kołchoz” (lub „sowchoz”) pochodzi z Sowieckiej Rosji i oznacza wielkoobszarowe gospodarstwo/przedsiębiorstwo rolne pozostające pod faktyczną kontrolą i zarządem sowieckiego państwa. Sowieckiego – nie: rosyjskiego! A więc: bolszewickiego.
    Ja śmiem twierdzić, że EU w tej chwili pozostaje pod przemożnym wpływem współczesnej mutacji – międzynarodówki bolszewickiej właśnie. Tak samo zresztą – jak i wiele pozornie suwerennych państw i narodów europejskich. Profity z tego czerpią głównie: Niemcy i „Rosja” („Neobolszewia”… raczej).
    Oto tekst z 1947 roku do przemyślenia w tym temacie pod linkiem:
    http://myslkonserwatywna.pl/mackiewicz-nie-rosja-ale-sowiety/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *